Anna Rozalska-Nagy
grudzień 2002 przedmiot - informatyka w szkole podstawowej
Uogólniony plan dydaktyczny z elementami oceny wybranego osiągnięcia z podstawy programowej
       Plan dydaktyczny do zrealizowania osiągnięcia "umiejętności korzystania z elementarnych zastosowań komputerów do wzbogacania własnego uczenia się i poznawania różnych dziedzin wiedzy" z podstawy programowej dla szkoły podstawowej

Motto
parafraza słynnego kartezjańskiego: - "Cogito, ergo sum"
---"UCZĘ SIĘ, WIĘC JESTEM"---


ZMIEŃ SIĘ, O LUDZKOŚCI, ZACZNIJ ROZUMOWAĆ

        Szkoła nie jest okresem inkubacji przed prawdziwym życiem, nie jest przejściowym przymusem. Świadome zdobywanie wiedzy, poznawanie i przesuwanie granic poznania to dla rozumnego ssaka wielkie dobrodziejstwo, które Salomon otrzymał od Boga jako jedyny człowiek starożytności, w czasach, kiedy wiedza była kapłańskim wtajemniczeniem, strzeżonym i dozowanym za określoną cenę, a w Egipcie wiedza była narzędziem władzy nawet nad faraonem. Dla człowieka współczesnego, zwłaszcza żyjącego w Europie, w strefie stabilności pokoju i dostatku -

        świadome uczenie się należałoby świadomie przyjąć za uświadomioną przyjemność, przywilej i obowiązek.

        Szkoła dziś to nadal taka forma edukacji, w której jeszcze mocno trzymają się archaiczne nawyki względem wiedzy, wyższe cenienie czynu niż myślenia, pogardzania błądzeniem jako drogą do uzyskania rozwiązania, dzielenia pracy intelektualnej na fazę próbną (na niby) i przeciwstawioną jej fazę prawdziwą (naprawdę), traktowania procesu obróbki wiedzy podobnie jak trawienia na okres jej pobierania i wydzielania, ładowania akumulatorów i ich rozładowywania. Przeciętny w danym społeczeństwie poziom edukacji ogólnej ma nadal swoje główne źródło w przeciętnym sposobie kształcenia szkolnego. Wydaje się maleć rola środowiska rodzinnego, niesłychanie maleje oddziaływanie wzorców literatury pięknej, a bardzo szybko wzrasta wpływ wszelakich rodzajów kultury masowej i przemysłu konsumpcyjno-rozrywkowego. Narzucają się tu odległe skojarzenia z atmosferą wyrafinowanej zabawy schyłku minionych wielkich kultur. Gasnący starożytny cesarski Rzym bawił się przypatrując igrcom, gladiatorom i zamęczanym chrześcijanom. Silniej to wyedukowało mentalność tamtego człowieka niż ćwiczenia retoryczne dostępne garstce intelektualistów pod opieką filozofa.
        Mentalność Europejczyka przez 2 tysiące lat kształtowały bardziej bezustanne wojny, rzezie, najazdy, pomory i różne masowe śmierci niż istniejące tu i ówdzie uniwersytety czy wspomnienie idei demokracji ateńskiej. Jeszcze współcześnie kilka lat temu Europejczyk z ekscytacją obserwował (bawił się) rzezie na Bałkanach, a cały czas jątrzą się ogniska zapalne pod skrzydłami pozornego królestwa wolności i pokoju. Nadchodząca zjednoczona Europa szuka zapewne sposobu pogodzenia społecznego ognia i wody, czyli masowego pokoju i indywidualizacji rozwoju pojedynczych zjawisk, a może to będzie przymusowy pokój powszechny i wolność jednostki ograniczona prawie do zera?

        Średniowiecze jeszcze trwa w Europie, jeszcze się nie skończyło - mawiał do studentów historyk architektury polskiej Witold Krassowski, a na ile pojęliśmy jego gorzką i wieszczą myśl, to prawdziwy człowieczy renesans miałby dopiero nadejść, widzieliśmy go prawie w sierpniu 1980, a był to tylko znak, jak ten na białym koniu z "Wesela" - Wyspiańskiego. Powstające i upadające ludy , społeczności i ich dążenia, powstawanie i rozpadanie się partii i ich walki i spory, słowiaństwo i nawet chrześcijaństwo, jednoczące i dzielące, to wszystko wielka i żywa mierzwa historii, wełna płynąca przez wieki, a zupełnie nieistotna dla pojedynczego człowieka, zagubionego gdzieś w przestrzeni dziejów swoimi kilkudziesięcioma latami życia, ale zawsze szukającego elementarnego sensu życia.

        Średniowiecze i feudalizm panujących trwa, choćby dziś w Radach Gminnych, prawdziwego renesansu zaiste jeszcze nie było, prawdziwego Oświecenia też jeszcze nie było, zryw idei polskiego pozytywizmu to była właściwie romantyczna abstrakcja. Lata walki o wykrystalizowanie narodu i niepodległość ojczyzny były krwawym przycinaniem pędów krzewu winnego w nadziei, że wyda kiedyś owoc, tymczasem dziś krzew ten wykarczować jest łatwo, bo dziś pojęcie narodu i patriotyzmu można złożyć na ołtarzu zjednoczonej Europy. Prehistoryczna Lucy ma może 3,5 mln lat, pismem posługuje się człowiek kilka tysięcy lat, drukiem 500 lat, ponad 100 lat książka jest masowa, komputer w polskich szkołach to ostatnie XXlecie, ale komputer masowy to kilka chwil. Internet także nie uczyni nam Renesansu.


        Edukacja nowoczesna rzuciła się na komputer jako na cudowne to narzędzie z łapczywością i zachłannością nie mając środków finansowych na zdobycie takiego sprzętu, który nie musi wcale być identyczny z biurowym typowym PC, nawet nie musi mieć identycznej klawiatury, a właśnie mógłby być po prostu maszyną liczącą oprzyrządowaną w takie interfejsy, które zachwyciłyby dziecko. Raczej coś podobnego do automatów gier komputerowych, które miewają powłokę samochodku czy samolociku, wiele się w nich rusza, błyska i wydaje różne dźwięki. Przemysł wytwórczy technologii komputerowej nie zauważył jeszcze tych nowych możliwości. Komputerki produkowane dla dzieci bogaczy są malutkie i kolorowe, ale są nadal miniaturkami zwykłego peceta. Raczej telefony komórkowe stają się ciekawszym narzędziem technologii informacyjnej, skoro już mają wzbogaconą wizję i łączność internetową, to mogłyby w systemie terminalowym korzystać z mocy obliczeniowej silnych komputerów, a komunikację człowieka z maszyną wkrótce zdominuje rozmowa, zatem klawiatura stanie się zbędna. Obawiam się, że przy współcześnie przyspieszającym tempie rozwoju technicznego nauczenie się obsługi jakichkolwiek typowych programów komputerowych jest pożyteczne na bardzo krótki czas i całe szczęście, że coś takiego nie istnieje w podstawie programowej.

        Korzystanie z elementarnych zastosowań komputerów do wzbogacania własnego uczenia się i poznawania różnych dziedzin wiedzy jest wymienione jako trzecie spośród czterech osiągnięć wyliczonych w podstawie programowej szkoły podstawowej. To samo sformułowanie figuruje jako czwarte spośród pięciu ukutych treści nauczania.

        Rozumiem, że ważne jest to podstawowe korzystanie z podstawowych możliwości komputera, aby człowiek współczesny wzbogacił swoje uczenie się przez "obcowanie" z komputerem.

        Zatem do głównych zadań nauczania informatyki w szkole podstawowej należy najpierw stworzenie sytuacji, w których uczeń dowie się o elementarnych zastosowaniach komputerów w różnych dziedzinach świata współczesnego, będzie miał sposobność nie tylko ich spróbować, ale także nabrać nawyków używania komputera (albo raczej sięgania do najnowszej techniki) w różnych sytuacjach związanych z nauką i twórczością, a poprzez rozumne stosowanie komputera wzbogaci swój proces uczenia się i poznawania różnych dziedzin wiedzy.

        Korzystanie pojmuję jako czynność prawdziwie korzystną, więc przynoszącą dobro, zatem potwierdza ono służebną rolę narzędzia jakim jest komputer...

        Niepokoi mnie ogólnikowe i nieprecyzyjne sformułowanie o elementarnych zastosowaniach komputera. Zapewne twórcy podstawy programowej użyli go widząc słuszność swych doświadczeń posługiwania klawiaturą przy komunikowaniu się z maszyną, ale to akurat jest elementaryzm podejścia biurowego i biurokratycznego. Manipulator ekranowy to znaczy myszka wchodzi oczywiście w skład typowego zestawu Personal Computer rozpowszechnionego dzięki ekspansji jednej bardzo znanej firmy. W państwach o gospodarce funkcjonującej w ścisłym związku z komputeryzacją elementarnym zastosowaniem komputera jest sterowanie maszynami przemysłowymi, przynoszące nie rozrywkę i zabawę wynalazcom, ale zyski i oszczędności. Dla sfery finansowobudżetowej elementarnym jest arkusz kalkulacyjny. Dla wojska i lotnictwa elementarnym jest obsługa radarów, namierzanie, naprowadzanie i symulacje ćwiczebne pola walki. Dla szpiegów elementarnym zastosowaniem jest tworzenie i łamanie kodów. Dla artysty plastyka elementarne jest rysowanie myszką i na tablecie, przetwarzanie grafiki, fotomontaże, wydruki na drukarce i ploterze. Dla kompozytora i muzyka elementarne jest tworzenie aranżacji z biblioteki dźwięków, przetwarzanie sekwencji, nagrywanie. Dla filmowca elementarne jest filmowanie i montaż. Dla lekarzy i szpitalników elementarne jest zastosowanie komputerów przy ich lekarskich maszynach. Dla zbieracza elementarne jest zbieranie i cokolwiek zbiera, może zbierać komputerowo. Dla budowniczego komputerów elementarnym zastosowaniem komputera jest budowanie go. A poeci i pisarze? Hemingwey pisał stojąc, a Pawlikowska-Jasnorzewska klęcząc przy łóżku, dziś zapewne doznawaliby natchnienia przed monitorem komputera.

        Elementarne zastosowania komputerów w różnych dziedzinach są bardzo różnorodne i bardzo dalekie od mononarzędziowej praktyki szkolnej.

        Moim zdaniem uczeń w szkole realnie rzecz biorąc powinien móc zapoznać się najbardziej z takimi elementarnymi zastosowaniami komputera, które bezpośrednio wiążą się z wykładanymi w szkole przedmiotami, ścieżkami międzyprzedmiotowymi. Czy można to porównać z elementarnym zastosowaniem papieru i ołówka na matematyce, historii, polskim, przyrodzie, plastyce, angielskim, religii, muzyce, wychowaniu fizycznym, informatyce? Spróbujmy porównać. Zwykły ołówek równa się zwykły komputer? Żarty? Spodziewam się, iż najbliższa przyszłość wykaże, że to nie żarty, nie przesada, i w ogóle przestanie się tyle mówić o komputerze, a zacznie się go naprawdę używać. Niepsujący się komputer z projektorem mógłby być dziennikiem i podstawowym narzędziem pracy nauczyciela zamiast patyka i piasku, zamiast kredy i tablicy. Nie podoba mi się jednak wcale taka nowoczesna zamiana, bo nie gwarantuje ona w niczym postępu jakości nauczania. Wolałabym teraz zastanowić się, jak długo jeszcze muszą w szkole funkcjonować schematy podziału na klasyczne przedmioty nauczania i 45minutowe lekcje, a próby uelastycznienia przedmiotów i programów przyjmowane są z oporami przez środowisko nauczycielskie. Blokowe, zadaniowe i cykliczne konstruowanie procesu nauczania w szkołach steinerowskich mimo panującym w tych szkołach skompromitowanym dla chrześcijanina ideologiom teozoficznym wydają mi się realnie bardziej odpowiadające percepcji dziecka, niż lawirowanie między "trudnymi" i "łatwymi" przedmiotami poszatkowanymi na 45-minutowe kawałeczki w chaosie następujących po sobie lekcji i wędrówkach ludu z sali do sali.

        Jeśli młody człowiek ma uczyć się skutecznie w szkole takiej, jaka jest dziś i jaka jest przewidziana reformą na jutro, to edukacyjne zastosowanie komputera powinno łączyć wszelkie elementarne zastosowania technik informacyjnych ze wszystkich współczesnych dziedzin. Wszystkie uniwersytety, politechniki i instytuty można by ogołocić z zasobów technologii komputerowej, a i tak nie udało by się wyposażyć jednej podstawówki w sprzęt reprezentujący elementarne zastosowania technologii komputerowej, który byłby edukacyjnie pożyteczny odpowiednio do wieku dzieci... Po prostu nie ma takiego sprzętu... A zaczynać by trzeba od zabawy. Wywołać w uczącym się zaciekawienie, zdziwienie pedagogiczne, zachwyt, fascynację, rozbudzić dociekliwość. Stworzyć uczącemu się okazje do wypróbowania, zmieniania elementów, składania, rozmontowywania, konstruowania i tak dalej i to wszystko w niezbyt stresującej atmosferze.

        Ucz tak, jak chciałbyś sam być nauczany.
        Marzenia o idealnym systemie nauczania powinny być realizowane:


dla każdej szkoły,
dla każdego dziecka

        - zatem powinny łączyć dwie trudne do pogodzenia sfery: masowego dostępu i indywidualizację.
To jak woda i ogień. Znowu bliskość przeciwieństw. A człowiek spodziewa się, że komputer będzie cudownym rozwiązaniem. To tak, jak lekarze próbują nowo odkrytym lekarstwem leczyć wszelkie choroby, a zwłaszcza nieuleczalne czy o nieznanej etiologii. Było tak, kiedy Maria Skłodowska-Curie odkryła rad i promieniotwórczość, a światowa medycyna nagle zobaczyła w tym panaceum. Oczywiście przyniosło to więcej szkody niż pożytku, a mnóstwo ludzi "leczonych" w Stanach Zjednoczonych radem na jakiekolwiek choroby zmarło na chorobę popromienną. Potrzebny był mi ten przykład, aby dojść do stwierdzenia: - Jeśli szkoła jako instytucja jest w kryzysie, to komputer z pewnością nie stanie się panaceum i niczego nie uzdrowi cudownie.

Ucz tak,
jak chciałbyś być nauczany,
aby wzbogaciło się twoje własne uczenie się

        Moje własne uczenie się rozbudzili inżynierowie w mojej rodzinie, którzy poświęcali czas małej dziewczynce na majsterkowanie właśnie z niczego. Dziadek złożył mi pierwsze origami, pokazał mi, jak się robi samobieżny pojazd ze szpulki, zapałki i gumki recepturki. Nauczył mnie rysować pierwsze w życiu animacje na dwóch karteczkach papieru przewijanych ołówkiem. Mama i Ojciec zwozili mi cudowne i zagadkowe zabawki: kurkę znoszącą złote jajka, nadymaną żabkę skaczącą, kłaniającą się żyrafkę z koralików na gumkach, ruskiego blaszanego koguta bijącego skrzydłami; pudełko zapałczane, z którego wychodziły na przemian dwie myszki, lalkę zamykającą oczka, kalejdoskopy i peryskop, samochodziki z iskrami, pozytywki w misiu, kolejkę na Kasprowy Wierch, której bloczek zakładało się na klamkę w drzwiach i pokręcało korbką, a wagonik po lince jechał do góry; pokręcaną przekładnią zębatą karuzelkę, nawet sterowane radyjkiem autobusik, klocki magnetyczne, malutki mikserek do koktajli na bateryjkę. Te rozczulające wspomnienia teraz poddaję osądowi dydaktycznemu. Większość chyba i dziś byłaby atrakcyjna dla dziecka. Zabawki mechaniczne - techniczne intrygujące tak niezwykle kilkulatka były barwne, ruchome, miały swoją tajemnicę. Zaciekawiały latami. Godzinami oglądając zmienność wzorów w kalejdoskopie nauczyłam się prawideł symetrii więcej niż na jakiejkolwiek lekcji plastyki czy geometrii. Te malutkie maszynki skuteczniej uczyły podstaw maszyn prostych niż podręcznik fizyki w liceum. Były to gadżety tamtych czasów, dostępne tak rzadko, że ceniło się je niezwykle. Moim nieosiągalnym marzeniem była Calineczka ukryta w tulipanie, który wirował i otwierał się tylko przy bardzo szybkim kręceniu korbką.

        Niczego tak wspaniałego nie było w szkole. Tam jedyną tajemnicę stanowiły muchy topiące się w kałamarzach napełnianych atramentem co rano przez woźną. Szkoła była całkowicie nudna, jakby pozbawiona czegokolwiek związanego z inteligencją.

        Co innego teatr, gdzie Guignollle sam wyskakiwał z koszyka, albo okręt Pana Kleksa schodził na dno oceanu w falujących odmętach (nie mogłam uwierzyć, że to nie woda, ale światło z reflektorów). Co innego wesołe miasteczko, gdzie można było pokonać przyciąganie ziemskie, Cyrk z podniebnymi ewolucjami na trapezie. Muzeum techniki zwiedzałam wiele razy i parę fabryk. Babcia nauczyła mnie szyć na maszynie, kiedy miałam osiem lat, z mamą lutowałam sobie z drucików gwiazdy i siatki krystalograficzne. Co dzień widziałam te reperowane samodzielnie przez rodziców sprzęty domowe: rozkręcone żelazka, pralka Frania, radia, odkurzacze, wielki zegar, motocykl, tatowy oscyloskop, wreszcie telewizor i magnetofon. A w szkole nic się dziać nie mogło. Szkoła być może nauczyła mnie cierpliwości, znoszenia nudy, stoickiego spokoju wobec wrzasków. Marzyłam jeszcze o Disneylandzie - krainie cudownej zabawy i przygody i Science Museum, gdzie można i trzeba dotykać eksponatów. Mając lat kilkanaście słyszałam już, że coś takiego istnieje w Stanach.

        Chciałam być uczona w szkole takimi sposobami, jak uczyli mnie moi bliscy. To bliskim zawdzięczam wzbogacenie mojego uczenia się, ich trosce o mnie, odpowiadaniu na moje pytania, cierpliwym towarzyszeniu w moich dociekaniach, jak to się dzieje, podsuwaniu mi wspaniałych zabawek. To moi najbliżsi poświęcali mi swój czas, choć trochę. Na pewno więcej, niż to robią rodzice teraz.

        Realia krótko:
        Ciekawe i pożyteczne mają dzieciaki oprzyrządowanie w przedszkolu, dopasowane do możliwości i potrzeb. Kto z dorosłych zajrzy do jakiego dobrego przedszkola, to żałuje swoich lat dziecinnych, szarych i szmacianych. Dobre i ciekawe pomoce ma nauczanie początkowe, po wystawach wydawnictw edukacyjnych widać ich rozmaitość. Dla klas 4-6 i dalej jest już gorzej. Mnóstwo preparatów z przyrody, mało modeli, bardzo mało modeli, z którymi można coś robić poza patrzeniem. Do innych przedmiotów tradycyjne, statyczne, najczęściej tylko plansze. Do informatyki brak nawet planszy. Wiem o istnieniu CoachLab, może znów nauczę się fizyki, to wtedy wykorzystam. Zgrozą przejmuje mnie fakt, iż młodzież (na przykładzie mojego syna) w renomowanym warszawskim liceum w klasie informatyczno-fizycznej nie ma okazji wykonać ani jednego doświadczenia, fizykę poznaje robiąc tylko zadania z książek. Ta młodzież ma w głowie setki wzorów, a nie zastosuje nawet dźwigni z deski, jeśli im tego się w domu czy harcerstwie nie pokaże.
        W mojej szkole oczywiście nie mam żadnego zewnętrznego przyrządu współpracującego z komputerem poza projektorem (i od niedawna także wizualizerem).
        Wiem, gdzie mogę z dziećmi pójść, żeby takie współpracujące urządzenia zobaczyć w akcji. Raz w roku czerwcowy Festiwal Nauki na warszawskim Starym Mieście, raz w roku wrześniowy Warszawski Festiwal Nauki na uczelniach, niektóre zakłady pracy - chociaż łatwiej odwiedzić skansen technik produkcyjnych. Dla potrzeb edukacji łatwiej łatwiej jakoś pokazać techniki prymitywne, dawne, tradycyjne, manufaktury. Nowoczesność rozkwita wszędzie, gdziekolwiek, jak na drożdżach - choćby sterowane mikroprocesorem piece piekarskie - przezroczyste, aby klienci hipermarketu mogli obserwować, jak się rumienią bułeczki. Trudniej takie rozproszone i bez sławy jeszcze miejsca wypatrzeć i załatwić szkolną wycieczkę. Nikt w takim miejscu nie jest przygotowany do współpracy ze szkołą. Urządzenia można najwyżej obejrzeć. Objaśnienia i ewentualny pokaz działania bywają nieefektowne i niezrozumiałe dla dzieci. Trudno z góry przewidzieć przydatność takiej wycieczki. A przecież w szkole podstawowej za wcześnie jest na preorientację zawodową. Zakład pracy rzadko jest odpowiednio przystosowany do edukowania wycieczek.

        Jaką drogę ma wybrać nauczyciel, co ma zrobić, by uczynić szkołę atrakcyjną, a uczenie się fascynujące i pełne sukcesów? To wielka sztuka, żeby zrobić coś z niczego, a nie obrócić wszystkiego wniwecz.

        Archimedes nie dokonał swego odkrycia w wielkim uniwersyteckim laboratorium, a wielcy greccy filozofowie nauczali spacerując z uczniami po piasku.
       Wniosek - Można więc nie mieć nic prawie poza umysłem i dokonać wiele, edukować wzniośle.

        Wiejski kowal brał sobie chłopaków na naukę i przez parę lat pozwalał im tylko sprzątać w kuźni, nie dopuszczając do tajników miecha i kowadła jak najdłużej.
       Wniosek - Można więc mieć warsztat pracy pełen specjalistycznych narzędzi, lecz umysł chytry i skąpy, trzymać wiedzę pod korcem, edukować pozornie, nie użyczać nic ponad to, co bystry obserwator wykradnie własnym rozumem. A gdyby nie miał tegoż w dostatku, skończy się takie podpatrywanie jak w wierszyku "Małpa w kąpieli" czy w bajce "Uczeń Czarnoksiężnika".

        Zatem kim ma być współczesny nauczyciel: "mistrzem" czy "kowalem"?

        Oby współczesny nauczyciel przynajmniej nie był takim kowalem.

        Zawsze aktualna dewiza - Nie bać się i myśleć twórczo.

        Zatem co można zrobić realnie w tradycyjnej szkole, aby spróbować zrealizować w trakcie trzech lat szkoły podstawowej osiągnięcie przez uczniów umiejętności korzystania z elementarnych zastosowań komputerów do wzbogacania własnego uczenia się i poznawania różnych dziedzin wiedzy.
Anna Rozalska


Próba planu dla szkoły

Bibliografia wspierająca zadanie
Informatyka 2000 - Podręcznik dla szkoły podstawowej kl.4-6 Wydawnictwo Czarny Kruk, Bydgoszcz 2002.- zespół autorski.
Informatyka dla gimnazjalistów "Za pomocą komputera" - Andrzej Walat - Oficyna Edukacyjna Krzysztof Pazdro, Warszawa 1999
Materiały własne
autor: Anna Rozalska