RÓŻNE OBLICZA MUZYCZNEGO PIĘKNA
NA WYBRANYCH PRZYKŁADACH
Anna Rozalska-Nagy

       Niezwykłe umiłowanie muzyki to być może efekt przekazu genetycznego, wychowania, pokoju i dobrobytu, edukacji, a może dar niebios. To ostatnie odpowiada mi najbardziej.
       Dzięki różnym warunkom środowiskowym i splotom okoliczności rozwija się w człowieku sfera wrażliwości muzycznej, pielęgnowana i sycona dojrzewa wzbogaca refleksyjną i uczuciową płaszczyznę przeżyć i doznań.
       Wszystko ma znaczenie - nastrój, dyspozycja psychofizyczna danego dnia, humor. W całej muzyce zawieramy coś - czego nie można powiedzieć. Dotyczy to przeżyć osobistych. Muzyka to najdoskonalszy środek wyrazu, jednocześnie najbardziej skomplikowany, ponieważ często brakuje nam słów dla opisu wrażeń, odczuć pobudzonych muzyką, niezwykle trudno jest to precyzyjnie opisać, nazwać, werbalizować.

       Człowiek, podobnie jak inne istoty, identyfikuje świat i uczy się go dzięki umiejętności odbioru i rozróżniania wrażeń. Dysponujemy wieloma różnymi "przyrządami" pomiarowymi. Wzrok, słuch, smak, czucie i węch w każdej sekundzie przesyłają do mózgu ogromne ilości informacji. Dodatkowo każdy zmysł odbiera zróżnicowane informacje o świecie: słuch rozpoznaje rytm, brzmienie i wysokość dźwięków; wzrok służy do rozpoznawania kształtu, jasności oraz barwy. Wszystko po to, abyśmy byli w stanie rozróżniać obiekty i odnajdywać między nimi podobieństwa. Czym różni się owoc dojrzały od niedojrzałego, jeśli nie kolorem? Piękno powinno być więc skumulowane we wrażeniach podstawowych.

       Zacznijmy od kolorów. Noc jest niebezpieczna nie tylko ze względu na mniejsza widoczność, ale również na brak swoistych drogowskazów, jakimi są dla człowieka kolory. Wydaje się, że natura zaakceptowała dzienny tryb życia człowieka wyposażając go w receptory umożliwiające w nocy rozpoznawanie jasności i w ograniczonym zakresie barw niebieskich i zielonych. O zmroku kolory czerwone stają się czarne. Przy oświetleniu nocnym możemy jedynie rozpoznawać kształty, w związku z czym noc dla człowieka pierwotnego ograniczała możliwość eksploracji. W dzień zakres fal świetlnych, na które czułe jest oko ludzkie pokrywa się z widmem światła najlepiej przepuszczanego przez atmosferę ziemską.

       Badacze przeprowadzili szczegółowe studia nad uniwersalnością nazywania poszczególnych kolorów. Okazało się, że panuje powszechna zgoda, co do wyboru częstotliwości widma określanego jedną etykietą-kolorem. Różnice kulturowe dotyczyły jedynie liczby postrzeganych kolorów. W każdym z języków istnieje określenie koloru białego i czarnego, w bardziej rozwiniętych słownikach pojawia się czerwony, następnie zielony i żółty, później niebieski, brązowy i na koniec purpurowy, różowy, pomarańczowy i szary. W efekcie uszkodzenia mózgu upośledzenie postrzegania barwy czerwonej pojawia się najpóźniej a po rehabilitacji najwcześniej. W celu zinterpretowania ewolucyjnego znaczenia barw należy odnaleźć obiekty, których barwy najlepiej pokrywają się z zakresami widma odpowiadającymi poszczególnym kolorom. Najbardziej podstawowe dla nas, czyste i intensywne kolory posiadają: niebo, krew, liście, śnieg, skały, woda, owoce... Owady i zwierzęta przetwarzają informacje o barwach na swój sposób, zależny od ich potrzeb i trybu życia, na przykład małpy najbardziej lubią barwę niebieską, następnie zieloną a najmniej czerwoną i pomarańczową. Na szczęście ludzi, już w przedszkolu uczą, że nie wszystko złoto co się świeci. W świecie zwierząt imitacje kolorów są powszechną metodą wabienia ofiar przez drapieżniki, ale też dzięki nim owady i rośliny nawiązują owocną współpracę. W świecie ludzi niestety, występuje tendencja do tłumienia pierwotnej, informacyjnej wartości koloru. Identyczne przedmioty produkowane są w różnych kolorach, w efekcie czego potrafimy rozróżniać ale nie rozpoznawać. Wyznaczone eksperymentalnie, powszechne preferencje. Powszechne, nie znaczy jedynie słuszne. Ludzie badani przypisywali trójkątowi kolor żółty, kwadratowi czerwony, kołu niebieski, radości czerwony, spokojowi żółty a smutkowi niebieski oraz dzielą odcinek w proporcji około 1,6 a więc jest proporcja tzw. "złotego podziału". Standardy piękna zmieniają się dopasowując do kontekstu świata w którym żyjemy. Ze względu na specyfikę ewolucji oraz opóźnienie w percepcji rzeczywistości, tak naprawdę żyjemy w przeszłości. Tym bardziej trudno jest określić czym będzie piękno w przyszłości. Można być obojętnym wobec sztuk plastycznych, ale mało kto jest niewrażliwy na piękno muzyki. Każdy może odnaleźć w niej coś, co go zainteresuje - wybierając spośród wielu, różnych gatunków muzycznych łączących kultury i subkultury. Zagadką pozostaje przyczyna popularności muzyki i jej rozwoju od najprostszych form popularnych do klasycznych aranżacji na orkiestrę. Istnieje kilka konkurujących teorii praktyczności muzyki. Możliwe, że muzyka stanowiła pierwotną formę komunikacji pomiędzy ludźmi, w czasach gdy nie istniał jeszcze język mówiony. Afrykańskie plemiona stosowały i być może do dziś stosują drewniane tam-tamy do komunikacji na większe odległości. Oprócz roli komunikacyjnej muzyka była również stosowana do wywoływania określonych stanów świadomości. W połączeniu z tańcem stanowiła centrum ekstatycznych obrzędów mających na celu zjednanie sobie bóstw lub poznanie przyszłości. Wreszcie muzyka, podobnie jak i dzisiaj jednoczyła ludzi, intensyfikowała kontakty. Uważa się na ogół, że muzyka w swej genezie raczej nie imituje dźwięków przyrody nieożywionej, w której faktycznie trudno jest doszukać się jakiejkolwiek melodii. Wyjątkiem są towarzyszące człowiekowi rytmiczne zjawiska takie jak bicie serca czy oddech. Ostatnio jednak rozszerza się badania nad śpiewem ptaków. Nagrania poddawane są obróbce komputerowej. Zabieg polegający na kilkukrotnym-kilkudziesięciokrotnym zwolnieniu tempa nagrania bez zmiany wysokości dźwięku daje zdumiewające efekty. Zwykły świergot ptasi zmienia się w regularną linię melodyczną zbudowaną na trójdźwiękach i pasażach zgodnie ze znanymi nam zasadami melodyki i harmonii. Czy przypomina arie z oper Mozarta? Czy można to porównać?

       Gardziołko szpaka, drozda czy skowronka, a na pewno słowika jest genetycznie zaprogramowane do śpiewu w określonych instynktem sytuacjach. Czy pienia te pełnią jedynie rolę służebną dla zachowania gatunku? A może ptaki również mają odczucia estetyczne? Przypomina mi się teraz koloraturowa Aria Królowej Nocy z opery o baśniowym libretcie "Czarodziejski flet" Wolfganga Amadeusza Mozarta. Linia melodii jest tam skomplikowana, rozbudowana brzmieniowo, stworzona dla wirtuozerii śpiewu. Najpiękniejsze frazy to słowicze trele głosu, zbędne jest im niemal towarzyszenie orkiestry. Nasz ludzki praktycyzm XX-tego i XXI-ego wieku mógłby pytać cynicznie - czemu właściwie służyć ma taka muzyka. Jasne jest, jak wiele można na niej zarobić, jak warto łożyć na wykształcenie śpiewaków i wirtuozów instrumentalnych, bo można dobrze sprzedać miliony taśm i płyt z nagraniami. Czy istnienie tego muzycznego piękna łagodzi choć na jotę obyczaje współczesnego człowieka? Czy służy przedłużeniu gatunku ludzkiego?

       Mozart obdarzony słuchem absolutnym tworzył arcydzieła wszystkich gatunków. Msza żałobna powstała w 1791 pisana na zamówienie pewnego hobbysty kompozytora. Mozart pisał ją jakby też w przeczuciu swej rychłej śmierci i nie zdążył dokończyć. Kompozycja na chór, orkiestrę i cztery głosy solowe została dokończona przez innego kompozytora już po śmierci Mozarta. Requiem jest pełne niesamowitej inwencji, obfituje wątkami melodycznymi cudnymi swym bogactwem także harmonicznym. Głównie przemawia do słuchacza śpiewność melodii, piękne frazy melodyczne, także te poboczne. Wyraz emocjonalny tej muzyki cechuje się wysoką złożonością, jakby wielotorowością, płynie z dramatyzmem przez dysonanse ku kulminacjom. Zwłaszcza Kyrie ma fakturę polifoniczną bogatą, splatającą się i rosnącą jak koronki katedralnych wież pnących się w nieskończoność ku niebu, aż wreszcie na szczycie napięcia jakby to niebo się otwiera - następuje pauza ciszy kompletnej, jakby pozbawionej czasu. To rak jak szok dla nagle otwartych oczu przed olbrzymią rozetą witrażową, która właśnie zajaśnieje w pełni zachodzącego złotego słońca. Po tej ciszy wylewa się z nieba olbrzymie kolorowe światło, a Mozart uczynił je z uderzenia zmasowanych dźwięków wszystkich głosów i orkiestry wzmocnionej kotłami. Arcydzieło to jest gigantycznym w swej wymowie freskiem dźwiękowym, rzadko wykonywanym, tylko na specjalne okazje i rocznice. Był to ulubiony utwór Chopina.

       Gdybym to ja miała stworzyć listę moich ukochanych utworów, stanęłabym przed wielkim i trudnym zadaniem. Musiałabym zbadać dokładniej te moje preferencje. Komplikuje mi się przeszłość z tęsknotami i marzeniami.

       Lubię to, co znam., a znam sporo utworów fortepianowych z czasów mojej edukacji w Ognisku Muzycznym przy ulicy Profesorskiej w Warszawie. Znam je pamięcią wielu żmudnych ćwiczeń, rzeźbienia techniki, wspomnieniem przesłuchań i egzaminów, kiedy spotniałe od tremy palce prawie ślizgały się po klawiaturze, a serce dygotało gdzieś w gardle. Ale to wspomnienie zaciera się, jest już mało istotne. Za to mam w pamięci wiele godzin spędzonych przy fortepianie już nie z obowiązku szkolnego, ale dla samej radości grania muzyki Wielkich Twórców. Powierzali mi swoją muzykę spisaną tajemnym szyfrem, pomiędzy nutami i znakami tkwiły ich prawdziwe intencje. Zawsze miałam świadomość, że otrzymuję niemal mistyczny przekaz od samego mistrza. Napoczynałam nowe mazurki z przejęciem czytając ich historię i wszystkie objaśnienia. Czasem słyszałam ich interpretację w wykonaniu Artura Rubinsteina, Witolda Małcużyńskiego czy Krystiana Zimmermana w audycjach radiowych. Z ogromnym lękiem i szacunkiem poznawałam mistrzowskie muzyczne tworzywo nie tylko samym uchem, ale właśnie poznawałam moimi zbyt krótkimi palcami, zbyt słabą techniką. Poznawałam bardziej wyobraźnią i przypuszczeniami, jak powstawały te muzyczne kryształki, bardziej marzeniem o odgadnięciu intencji kompozytora. Nękała mnie świadomość, że moja nieudolność byłaby profanacją Wielkiej Muzyki. Moje własne ucho wybaczało mi małe pomyłki, kazało długo szukać tej atmosfery lekkiego drżenia, wierzb i rześkiego dudnienia wiejskiej basetli. Przy dłuższym wczytywaniu się pojawiało się coś w rodzaju wirtualnego muzycznego tworu. Dźwięki wydobyte z mojego starego instrumentu umysł przetwarzał, udoskonalał w wyobraźni, upodabniał do ideału. Najcudowniejsza była świadomość posiadania tego tworu na własność, pobudzania go wielokrotnie, rozpoczynania wciąż od początku, szlifowania i polerowania, znajdowania sensu pauz, w których cisza dopowiadała potwierdzenie piękna. Czas młodości potrzebował upajać się tą muzyką jak górskim powietrzem. Nic wówczas nie było niemożliwe. Trafiały się dnie, kiedy to instrument wspinał się na wyżyny dźwięku, pudło rezonowało ekstatycznie, struny nie brzęczały, kołki się nie luzowały, a wszyscy domownicy byli gdzieś w pracy czy w ogrodzie, i nawet kuchnia nie buchała bigosem ani skwarkami. Bywało, że wracali słysząc niosące się po opłotkach moje grzmocenie wyjątków z Etiudy Rewolucyjnej, której przecież nigdy nie udało mi się skleić z tych skorup w całość, i słyszałam utyskiwania o marnowaniu czasu na rzeczy, które chleba mi nie dadzą. Prawda. Lecz nie samym chlebem człowiek żyje. Chopin, Beethoven, Haydn, Schubert, Mozart to byli nie tylko moi mistrzowie, idole, guru - także to przyjaciele moi byli, bracia, powiernicy, doradcy...

       Najbliżej poznałam się z młodym Fryderykiem Chopinem. Pierwszy był tom Mazurków, który moja Matka ofiarowała Ojcu w okresie narzeczeństwa. Stopniowo zebrałam niemal wszystkie tomy wydania zbiorowego dzieł wszystkich. Wzrastałam licząc i porównując wiek i dokonania Fryderyka z moimi i myśląc o nim tak często. Początkiem oczywiście były dziecięce Polonezy, których uczył mnie mój pierwszy nauczyciel muzyki pan Marian Kaszuba. Długo tłumaczył mi, że jestem za młoda na inne kompozycje Chopina, a ja po kryjomu próbowałam czytać owe mazurki, tak jak małe dziecko podskubujące wielkanocne mazurki zauroczone ich wzorzystością i barwnością. I zaczęłam je grać jeszcze w szkole podstawowej, będąc chyba w klasie siódmej. Ustąpił moim prośbom kochany nauczyciel. Zamiast poczuć pełnię radości płakałam nie mogąc zrozumieć skomplikowanej budowy rytmów, moje sztywne paluchy nie mogły się uwinąć ze zwykłymi przednutkami, zawsze było coś nierówno. To wiele godzin ćwiczeń i setki powtórzeń i wyczekiwanie na dobry czas trwało kilka lat. Doczekałam się wreszcie - ukochane Fryckowe Mazurki stały się moimi codziennymi modlitwami, jego walce to wypełniły moje tęsknoty, jego Preludia to pogłębienie moich emocji, jego Polonezy to cała moja młodość z gniewem, buntem i goryczą. Z lękiem zagłębiałam się w ostatnie jego mazurki, zwiastuny męki i śmierci, bałam się urzeczenia i sugestii. W końcu fragmenty z Ballad, Sonat i Koncertów stały się moim przejściem w dojrzałość, małżeństwo i macierzyństwo. Dzieciom moim małym jeszcze śpiewałam jego Pieśni. Mogę teraz spokojnie o tym rozważać, bo wszystko jest już tylko przeszłością i nie dotyczy nikogo tylko mnie i ukochanego Fryderyka.

       Ludvig van Beethowen owładnął inną częścią mojej osobowości - rozbudował we mnie dynamizm, radość i kreatywność, i uczył mnie logiki i konstrukcji. Kochałam się w nim, bo uważałam go za mocarza zdolnego wywrócić świat. Moja Profesorka na Profesorskiej Blanka Biskupska prowadziła mnie przez jego Tańce Ecossez, Wariacje i w końcu Sonaty. Początkowo skusił mnie tylko romantyzm zawarty w pierwszej części Sonaty Księżycowej. Ale jakże porywająca okazała się trzecia część z szalonym finałem. Niby te pasaże biegają jak improwizowane, nastrój swobodny jest obwolutą dla skonstruowanych gmachów, które wznoszą się w lot, wyrastają jedne z drugich, nadbudowują kolejne piętra, gdyby Beethoven był architektem, to połączyłby w stylu Antonio Gaudiego i Mies'a van den Rohe. Jest w jednej z powieści Stanisława Lema pewien opis żyjącego i twórczego organizmu na dalekiej planecie, którym jest przestwór morski czy ocean kłębiący się pienistymi falami w górę i zastygający koronkami krużganków, arkad, balkonów utworzonych z przedziwnie zestalonej niby cieczy morskiej. Na chodzących pomiędzy konstrukcjami hulaszczy wiatr obsypuje skruszały jakby pumeks, wywierca coraz to nowe przejścia w cieniejących ściankach, aż wszystko obrywa się i spada w czeluść jak kawał góry lodowej odpękający od brzegu. Gdyby i tę wizję dołączyć do muzyki Beethowena, unaocznia ona budowanie, by wspiąć się po konstrukcji wyżej i wyżej, a tę zbudowaną stłuc obcasem olbrzyma z hukiem jak w kuźni. A gdyby to dziś żył Beethoven - Wielki Mocarz Muzyki, nie stroniłby od komputerowych programów generujących fraktale - dynamiczny i barwny obraz logiki uporządkowanego chaosu. Najbardziej pokochałam Sonatę Patetyczną i Apassionatę.

       W mojej osobistej muzycznej przeszłości są jeszcze miniatury Czajkowskiego na poszczególne miesiące. To smętny Październik jest spełnieniem wszystkich brzmień niebieskich, spaceru mgieł i szelestu żółknących liści. Jak uosobienie pytań.

       A świat tęsknot muzycznych otwartych na muzyczna moc, na sacrum ciszy i profanum zgiełku realizował się w tamtych czasach przez szumiący magnetofon, trzeszczące radio "Karioka" z zielonym okiem, pożyczane płyty. Każde presto, vivace, con fuocco radowało, a każde grave napinało żyły, albo spływało krojonymi plastrami złota. Skąd takie określenia mi się przypominają. Jestem pewna, że jako młoda osoba odbierałam muzykę całym jestestwem, całą osobowością. Tęsknota za muzyką wykonaną po mistrzowsku, za mistrzowskim przekazem to nie tylko ten nazwany odbiór. Muzyka odbierana przez aktywnego słuchacza staje się nowym tworzywem. Ma moc stwarzania w człowieku stanów, pobudzania sił i zamiarów, rozwijania wyobraźni i skojarzeń. Dziś są modne określenia o potrzebie holistycznego traktowania różnych sfer działania człowieka. Słucha się muzyki uszami. Biologicznie rzecz biorąc największym organem do słuchania muzyki jest po prostu mózg wraz z korą mózgową zawierającą procesy myślowe ale i z móżdżkiem sterującym podstawowymi procesami życiowymi, ale i z przysadką kierującą organami wydzielania wewnętrznego czyli hormonalnego i z szyszynką, co do której chyba jeszcze nie ma oficjalnie ustalonych pewników. Słyszy się muzykę sercem, duszą. Otwiera się je na cudowne i kojące działanie dźwięków jakby trawa spragniona wody. Atomy zjedzonego chleba wbudowują się w komórki naszej skóry, wymieniają obumierające drobiny w mięśniach, zamienione na glukozę sycą żarłoczne na słodycz szare zwoje. Zatomizowana zaś muzyka jest pokarmem dynamicznym dla wielu sfer istnienia człowieka. Karmi się biologia oczywiście, rytmizuje i porusza mięśniami. Porusza i karmi uczucia, łzy nawet wyciska, wegetatywnie i humoralnie zmienia różne parametry ludzkiego organizmu, ciśnienie, tętno, temperaturę, oddech, poziomy wydzielania adrenaliny i soków trawiennych. Nic dziwnego, że na taki pokarm ma się ochotę, odczuwa się głód muzyki. Ale muzyka okrasza i ozdabia zwłaszcza wyższe rejony osoby ludzkiej, świadomość, jaźń, mistycyzm i duchowość. Wreszcie jest niezwykłym zjawiskiem społecznym. Hymn pręży wszystkich na baczność. Bez Marsza weselnego ślub się zdaje nieważny. Bez Marsza pogrzebowego to i na pogrzebie nie będzie smutno. Muzyka spisuje ludzi czyniąc naród i przywołuje do jedności w walce o niepodległość. A w zwykły czas jednoczy i zbiera ludzką gromadę na określoną godzinę w wielkiej sali filharmonii i każe zastygnąć w oczekiwaniu na koncert - pochód dźwięków od dobrze przygotowanej orkiestry to jak narodziny długo oczekiwanego dziecka, o którym z góry wiemy wiele, nawet jaką ma płeć, (przecież można obejrzeć nuty, posłuchać poprzednich nagrań) i z pewnością wiemy z grubsza, czyje to dziecko, (przecież widzieliśmy afisze z programem i spisem utworów), ale przecież nie znamy jeszcze twarzy tego dziecka, nie wiemy, jak na nas spojrzy, dopiero za chwilę, kiedy zabrzmią pierwsze takty, rozpocznie się poród rzeczywisty muzyki dla nas, proces jedyny , niepowtarzalny, szczytowo niezwykły. Niezwykle precyzyjne udokumentowanie takiego koncertu nie utrwala na wieki tego, co się wydarzyło. Zamknięty na taśmie czy płycie czas nie może popłynąć jeszcze raz. Nie wstaną kości z Doliny Jafeta... . Każde odsłuchiwanie takiego utrwalonego koncertu jest już zupełnie innym porodem. Żywy dar istnienia muzyki jest równie nieopisywalny jak czas. Wielka tęsknota za prawdziwą, żywą muzyką jest pragnieniem powrotu do czasów Raju, sfer napełnianych rejestrami pień anielskich i bliskości Boga. Z pewnością ta tęsknota jest nam po prostu dana na początku.

       Potem był czas, że ucichła muzyka. Muzyka dziś bywa piłą tartaczną, straszniejsza jest od rzężenia smoków.

       Nigdy dotąd nie wspominałam i nie podliczałam czasu spędzonego na grze czy słuchaniu.

       Głód piękna i potrzeba przeżywania muzyki zajęły mi nieco procent życia. Nie dały niczego wprost. Dały mi po prostu coś bliskiego poczuciu sensu życia. Godziny muzykowania syciły moje wyczerpane siły, przywracały nadzieję, umacniały, pocieszały i rozweselały, uwzniaślały. Wreszcie pomogły mi wychować moje dzieci. Ale jeszcze garść marzeń. Spróbowałabym swoje marzenia o własnej muzyczce spisać z pomocą programu komputerowego.

       Klawiatury, klawiatury...


autor: Anna Rozalska